poniedziałek, 27 listopada 2017

Opowiadanie, które powstanie i te, których nigdy nie napiszę

W którymś momencie powstawania opowiadania, i to nie zawsze zdarza się na początku, muszę zdecydować o czym będę pisał. Wybrać główny temat opowiadania. Wiem już co się będzie w nim działo. Jest straż miejska, jest mafia, jest konflikt. Jest wielu bohaterów.
O czym będzie ta opowieść? Widzę kilka możliwości i każda na ten moment jest dobra. Każda stworzy też zupełnie inny tekst i wybierając jedną muszę rezygnować z innej.

Mogę skoncentrować się na politycznej części fabuły, w której świat przestępczy i świat stróżów prawa przenikają się. Ale to da efekt zupełnie inny od tego, który chcę osiągnąć. Opowiadanie takie musiałoby objąć bardzo szeroki obraz i wszystkie intrygi, których wymyśleni przeze mnie bohaterowie nigdy nie poznają. Mogę zrobić to opowiadanie o wiele bardziej kameralnym i skoncentrować się na relacji pomiędzy postaciami. Ten pomysł podoba mi się o wiele bardziej. Ale same relacje niewiele tu dadzą, bo bohaterowie, którzy mają sztywno ustalone cechy i miejsce są nudni. Muszą się zmieniać. To na pewno będzie jeden z głównych wątków opowiadania.

Ale kto powiedział, że musi być tylko jeden temat przewodni? Wiem już co chcę pokazać portretując bohaterów. Czas zastanowić się nad wydarzeniami. Polityczne machinacje nie są dla mnie w tym momencie interesujące, choć uwielbiam je w książkach Glena Cooka. Mam za to kilka innych pomysłów, które są bliżej związane z postaciami. Na przykład pokazanie wygodnego, poukładanego życia w które nagle wdziera się zmiana z zewnątrz. Albo zupełnie inne spojrzenie: w jaki sposób porządek i zbrodnia wrastają w tkankę miasta i jak obydwie te siły stają się częścią codziennego życia. To brzmi dużo ciekawiej. Jest jeszcze inny kąt, pod którym można przyglądać się wydarzeniom. Punkt widzenia ludzi, którzy zastanawiają się, czy walka, którą prowadzą jest naprawdę ich walką. Idąc dalej – co się stanie, gdy bitwa przeniesie się na nowe obszary i zamiast dokładnie zdefiniowanych wrogów walka zaczyna nagle toczyć się ze zwykłymi mieszkańcami miasta. To bardzo obiecujący kierunek, widzę w nim sporo potencjału dla eksperymentów na uczuciach bohaterów.

Widzicie jak wybór głównego wątku wpływa na opowiadanie? Czytelnicy nigdy nie poznają zwierzchników straży, którzy wydają rozkazy, bo oni byliby ważni gdybym zdecydował się na opowiadanie o intrygach. Być może nie będę zagłębiał się w przeszłość postaci, bo ona też nie będzie tak ważna, jak ich wybory w trudnych czasach, które nadeszły. Zamiast opisów potyczek będę raczej opisywał reakcje postaci. Ich lęki. Ich momenty wahania. Bo to one pozwolą pokazać ich w zbliżeniu. Nie będę opisywać mafijnych zbrodni, wystarczy opisać reakcje bohaterów na nie.
To jest ten moment - decyduję, które z wielu bardzo różnych opowiadań napiszę. Trudny moment. Możliwe, że wrócę do niego i podejmę inną decyzję raz jeszcze. Mam ten komfort, bo to moje opowiadanie i nikt nie będzie o tym wiedział. Tylko ja. I Wy.

poniedziałek, 2 października 2017

Imiona

Lubię nadawać imiona. Imię tworzy bohatera, nigdy nie jest u mnie przypadkowe. Co jest bardzo nierealistyczne, bo najczęściej najpierw posiadamy imię, a potem dopiero charakter, chyba że jesteśmy Indianami.
Ale w opowiadaniu imię jest jak znak rozpoznawczy. I nie da się ukryć, że wpływa na ogólny obraz postaci.
 
Moje nowe postacie nie mają jeszcze imion. Poza jedną, bo gdy dowiedziałem się, że imię Eoghin czyta się "Oin", postanowiłem, że to idealne imię dla kogoś w opowiadaniu. "Oin" brzmi krótko, ale wdzięcznie, jak coś pomiędzy imieniem z celtyckiej mitologii i kwiknięciem prosiaczka.
Jedna z postaci, taka, która w jakiś sposób (nie pytajcie jak) wpasowała się w ten dźwięk otrzymała zatem imię Eoghin.
Dużo później naszła mnie smutna refleksja, że nikt na świecie oprócz mnie i osoby, która mi o tym imieniu powiedziała nie będzie wiedział jak je przeczytać. I w ten sposób bardzo szybko Eoghin zmienił imię na Oin.

Reszta postaci nie ma jeszcze imion, oprócz Prosiaka, który nie ma imienia, ale ma już swoje przezwisko.
Pozostałych identyfikuję w swoich notatkach poprzez ksywy, takie jak Waleczny, Kapitan, Stary, Głodomór. Są wygodne dla mnie, ale  czasem na pewno zastąpią je jakieś normalne imiona, bo te ksywy to jakieś luźne skojarzenia i nawet nie do końca pasują do postaci.
 
Wypisałem sobie więc listę imion, które czekają aż któraś z postaci się z nimi zgra. Na początku zamierzałem nadać bohaterom imiona francuskie. Średniowieczne miasto, kamienne domy, brukowane wąskie ulice, to wszystko jakoś koresponduje na przykład z Paryżem z "Katedry Najświętszej Marii Panny w Paryżu", albo z widokiem wyspy Mont Saint Michel. Opowiadanie byłoby zapewne pełne Pierrów, Jeanów i Guilliamów gdyby niespodziewanie nie pojawił się Eoghin. Tak bardzo wpisał się w klimat i tak przylgnął do postaci, że postanowiłem resztę imion wyszperać ze średniowiecza.
Jest tam kilka dźwięcznych i wdzięcznych imion. Na przykład dla Prosiaka.
Prosiak jest raczej przy kości, ciągle niedogolony, łysy. Ma dwa podbródki, które widać, i pewnie jeszcze ze dwa ukryte pod kołnierzem kaftana. Był rzeźnikiem, zanim wstąpił do straży. Miał żonę, tak mówią. Mówią, że była piękna. Mówią też, że była niezmiernie brzydka. Prosiak raczej unika tego tematu.
Connr. Prosiak będzie nazywał się Connr.

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Detale. Kamień i drzwi

Czasami zdarza się tak, że przychodzi mi do głowy jakiś detal. Albo znajduję go gdzieś, na ulicy, albo w powieści. I ten detal od razu wskakuje do opowiadanie, po prostu trzeba go tam użyć. Tak jak drobiazg, który znalazłem czytając "Fingersmith" (Sarah Waters, niesamowita opowiadaczka historii, sprawdźcie i zachwycajcie się).
 
Jest pokój. Bardzo ubogo urządzony pokój, jakieś poddasze, może po prostu klitka do spędzenia nocy w gospodzie za kilka miedziaków. W pokoju byle jak sklecone drewniane łóżko, krzesło. Nic więcej. Drzwi nie mają zamka. Na podłodze leży duży kamień, którym przytrzymuje się drzwi, żeby się nie otwierały.
Jaki to obraz - ten kamień! Ile on mówi o tym pomieszczeniu. Od razu wiedziałem, że użyję go w opowiadaniu i w tym momencie kamień ma swoje miejsce w jednej scenie, zupełnie zresztą nieważnej. 50% czytających w ogóle kamienia nie zarejestruje, drugie 50% nie zwróci na niego szczególnej uwagi, trzecie 50% pomyśli, że ten kamień na końcu musi wystrzelić. Nie, no tych będzie może mniej.
Ale widzicie, ci którzy nie zwrócą na ten kamień uwagi będą mieli rację. Bo on nic nie wnosi do fabuły, jest tam po nic, on tylko przytrzymuje drzwi. Ale ja dzięki niemu mam w głowie zbudowany obraz tego pokoju, kamień wpływa nawet na światło padające z okna i na zapach. Dla mnie to bardzo ważny kamień.

piątek, 25 sierpnia 2017

Post drugi, nadal o tym o co tu chodzi



Opowiadanie będzie połączeniem inspiracji kilkoma dobrze wykonanymi figurkami z gry bitewnej i sesji RPG. Tak, brzmi jak przepis na katastrofę. Ale figurki dostarczyły tylko pomysłów na postacie, a sesja pomogła trochę z fabułą.

Rzecz będzie działa się w średniowiecznym mieście, rodem z fantasy, choć bez wielu udziwnień, co najwyżej pojawi się ogr jakiś i krasnolud. Nawet czarodzieja tam nie uświadczycie, choć na ten moment nic nie obiecuję, może się jakiś zabłąka.
Bohaterowie są członkami oddziału straży miejskiej. Trochę jak u  Rembrandta, tylko nie tak dobrze. I, jak to zwykle bohaterowie, żyją w ciekawych czasach. Władze miasta wypowiedziały wojnę mafii, a strażnicy są w tej wojnie mimowolnymi żołnierzami. Aż wreszcie okazuje się, że po mafijnym sznurku docierają do władz miasta, a wtedy te wypowiadają wojnę strażnikom.

Bohaterowie, cała szóstka, to płotki, ludzie na samym dole politycznych rozgrywek. Opowiadanie nie będzie skoncentrowane na wydarzeniach w mieście, raczej na samych bohaterach, ich relacjach, zmianach jakie w nich zachodzą pod wpływem wydarzeń. Lubię obserwować istoty ludzkie w czasie kryzysu. Zresztą nie jestem sam, bo co druga książka jest właśnie taką obserwacją.

Na ten moment nie mam wiele. Mam postacie. Wiem jak wyglądają (figurki), nie znam jeszcze wszystkich imion, ale powoli nabierają cech i budzą się do życia. Mam fabułę, spisaną w bardzo ogólnych punktach. Wiem co się stanie, nie wiem jeszcze kto i w jaki sposób będzie w to zamieszany. Mam mały, czerwony zeszyt ze sklepu Muji, w którym spisuję to wszystko moim niemożliwym do przeczytania charakterem pisma.

Przyznacie, że zaczyna się nieźle.

czwartek, 24 sierpnia 2017

Pierwszy post, czyli o co chodzi

Natchnienie to takie kapryśne stworzonko, czasami się pojawia, ale częściej jednak raczej wolałoby nie, żeby zostawić je w spokoju i nie ruszać, bardzo proszę.

Natchnienie pojawia się czasami i przynosi pomysł, który potem będzie kiełkował, zamierał, odradzał się, zajmował myśli, rozkojarzał.
Pewnego dnia najwyraźniej spotkaliśmy się - ja, natchnienie i pomysł - i od tej pory w głowie powstaje mi opowiadanie.

Ten blog nie służy niczemu. Będzie chaotyczną kroniką powstawania opowiadania. Od pomysłu, poprzez jego zmiany i ewolucje, planowanie scen i układanie fabuły, ożywanie postaci, aż do finalnego pisania. Albo naturalnej śmierci opowiadania, co zdarza się częściej niż ktokolwiek by chciał.

Opowiadanie ma już trochę zarysu fabularnego. Ma bohaterów, mniej więcej. Nie ma tytułu. I dzięki temu tytuł ma blog.

Opowiadanie, które powstanie i te, których nigdy nie napiszę

W którymś momencie powstawania opowiadania, i to nie zawsze zdarza się na początku, muszę zdecydować o czym będę pisał. Wybrać główny...